DIY

Zupełnie niekulinarnie, czyli DIY

Nie ma to jak pełen profesjonalizm! Otóż wymyśliłam sobie, że zrobię nowe meble do salonu. Sama zupełnie. Mąż się niby ucieszył, chociaż świadom jest, że jak żona coś wymyśli, to jakby wyjścia innego nie ma. Generalnie milczał, chociaż to też żadna nowość 😛 🙂

Milczał nawet wtedy, gdy mu powiedziałam z czego te meble będą. Ze skrzynek. Nawet znalazłam takie ładne, na alle, o dziwo tanio. Nówki sztuki. Pięknie zbite. Zamówiłam sztuk dziesięć, ot na próbę. Co dostałam? No dostałam skrzynki, zbite z obszarpanych desek. Plus, że zbite prosto, ale dalej już nic łatwe nie było. Jedne ze szczelinami pomiędzy deskami, inne ciasno zbite. Ale uparłam się. Dwa tygodnie dojrzewałam do decyzji co z nimi zrobić, bo jednak oczyma wyobraźni, nie widziałam ich już w salonie. Ale brakowało mi półek w mojej małej kuchni. I to jak bardzo. W zasadzie wciąż mi ich brakuje, więc tu chyba nie o meble chodzi, a o nową kuchnię. A jak o nową kuchnię, to o większy dom. Nie omieszkałam powiedzieć mężowi 😛

Szlifowałam zawzięcie, dopóki mąż nie przejął szlifierki. I tak już zostało, a ja… Pomagałam, jak mogłam. Dokłanie tak:

diy

Szczerze przyznam, niby po oszlifowaniu było lepiej, ale… Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że meble ze skrzynek są idealne wtedy, gdy sami te skrzynki zrobimy. Sami wybierzemy deski. Sami zbijemy. Ale skoro mądrość przychodzi z opóźnieniem, poszliśmy dalej. Tu pokazaliśmy jeszcze większą profeskę – mieszanie farby. Mieliśmy dużo białej. A chcieliśmy mieć szarą. Nic straconego. Dorwaliśmy farbki (całkiem profesjonalne) Córki Starszej, przekonując ją, że i tak czarnego nie używa, bo jest szczęśliwym dzieckiem. Uwierzyła. I przyniosła sama z siebie jeszcze drugą tubę czarnej farby. Zmieszaliśmy. I wyszła całkiem podobna do ścian kuchennych szarość. No więc pomalowałam, na szybko, bo na burzę się zanosiło (stąd brak zdjęć z malowania, albowiem wałek w rękach mi śmigał).

Poustawiałam. Resztę mąż zawiesił. Z tego całego pędu, zapomniałam zrobić zdjęcie przed, czyli co było wcześniej i przekopawszy domowe archiwum, znalazłam tylko takie (mówiłam, jesteśmy PROFESJONALISTAMI 😛 ). Gdzieś w dali widać te dwie ikeowskie, stalowe półki, z których więcej spadało, niż na nich stało. (Nie, Córka Starsza nie płacze jedząc, poza tym o półki tu chodzi 🙂 ). No więc było tak:

diy1

A jest tak:

diy2

diy3

W zasadzie to jestem bardzo, bardzo zadowolona, że zamiast salonu, padło na kuchnię. Cierpiałabym wiedząc, że zamieniłam złe na gorsze. A tak, to nawet, nawet mieszczę się w tej kuchni i nic mi na głowę nie spada. A że trening czyni mistrza, na ogródku stoi i czeka w kolejce bardzo stary i bardzo zniszczony stolik. Niemiecka, solidna robota, a nie jakieś tam skrzynki 🙂