DIY

Zmieszczę wszystko, czyli nasz remont, część 3. Finał.

Dobra, kłamię, to wcale nie finał. Czekają mnie jeszcze do przemalowania drzwi i futryny. No i meble w pokoju dzieci. Meble na tarasie. I skłaniam się ku obiciu nie tylko krzeseł (planowane), ale też narożnika. Jeszcze tylko nie wiem, kiedy poinformuję o moich planach Szanownego 😛 🙂

Jak być miało?

POJEMNIE!

Wymarzyłam sobie starą dębową, wiszącą witrynę. Obowiązkowo wiszącą. I obowiązkowo dużą. Na całą ścianę. I tu pojawił się problem, bo te na które trafiałam, mimo, że nazywane wiszącymi, do zawieszenia się nie nadawały zupełnie. No chyba, że miałyby stać w niej same lekkie durnostójki, co w naszym przypadku nie miało żadnego praktycznego zastosowania. Ja musiałam się pomieścić ze wszystkim, co nie mieściło mi się w kuchni. I z tym, co od dawna zalegało w salonie. I teoria o jednolitym stylu sobie, a zapotrzebowanie na przestrzeń i miejsca do upychania wszystkiego, sobie. Wdrożyłam więc plan B – meble kuchenne by Ikea. Tu mi runęła konsekwencja i meble z płyt znów zagościły. Plus taki, że meble nie mają uchwytów (sprytnie trzeba ponaciskać), więc ani kot, ani dzieci nie mają się na czym wieszać. A powieszone na szynie, udźwigną naprawdę sporo. A żeby jeszcze bardziej namieszać, wymyśliłam sobie, że będą za a’la ścianę zdjęciową robić. Zgodnie z myślą przewodnią „BO TAK” 😛

Tak więc przedstawiam meble kuchenne by Ikea w naszym salonie.

SONY DSC

Szczerze? Mieszczę się, a i coś jeszcze się dokoptuje, gdy potrzeba zajdzie. I mi się podoba. A skrzynka niegdyś kuchenna, dorobiła się kółek i robi za stolik pod drukarkę i schowek żelazkowo-gaśnicowy 😛

Wyszła mieszanka stylów. Totalnie mi to nie przeszkadza. Na dzień dzisiejszy świetnie czuję się w tych nowych wnętrzach. Luźniej i przestronniej. Jak było wcześniej, opisywałam TUTAJ. Teraz pozostało Wam tylko podziwiać (albo i nie) 🙂

SONY DSC

SONY DSCSONY DSC

A sławna, czarna ściana?

To miał być projekt bardzo ekonomiczny, a mianowicie własnoręcznie zrobiona ściana tablicowa. Ale nie, nie kupiłam farby tablicowej, a zmajstrowałam ją sama, wszak w internecie znajdzie się wszystko. Otóż zakupiłam zwykła, czarną farbę akrylową (1 litr) i 800 g talku (apteka). W sumie koszt ok. 30 zł. Z namaszczeniem i poświęceniem wymieszałam talk z farbą (a trzeba wsypywać talk i wciąż mieszać, mieszać, mieszać). Pięknie dało się pomalować. Cudnie się po niej pisało kredą. Do czasu, kiedy kredę się zmyło. Za 3 mazaniem widoczne już były białe smugi. A ponieważ lubię, jak czarne jest czarne, a białe białe, to nie ma nic pomiędzy. Testowałam różne techniki zmywania i każda okazywała się fiaskiem. A że zupełnie nie mam doświadczenia z oryginalnymi, kupnymi farbami tablicowymi, to nie wiem, czy jest to rzecz naturalna i tak już mają, czy jednak ekonomiczna mieszanka ma jakiś feler. Postanowiłam ją przemalować na zwykły czarny kolor, bez udziwnień. Szkoda tylko, że nie kupiłam sprawdzonej już farby, a postanowiłam zaszaleć z inną. Nie pytajcie czemu. Nie potrafię sama tego wyjaśnić. Rada ode mnie – jeśli planujecie mieć czarną ścianę nigdy, nigdy, nigdy nie wybierajcie czarnej emulsji akrylowej satynowej. Cholera świeciła nawet nocą. Było widać każde pociągnięcie wałka. Każdą drogę wałka. Na drugi dzień, ściana została pomalowana, trzeci już raz, sprawdzonym dekoralem – czarną farbą fasadową i w końcu mogę na nią patrzeć.

No cóż, w zasadzie przy każdym remoncie jakiś zonk być musi 🙂

SONY DSC

 

A teraz, póki co, wracam do garów 🙂