Na zakupach

O rybach prawie wszystko

Oto dlaczego nie jestem wegetarianką. Bo kocham ryby! I o ile bez mięsa mogę i chcę żyć, o tyle na widok niektórych gatunków ryb dostaję ślinotoku. I nie tylko ja. Córka Młodsza nad rybą się trzęsie. Córka Starsza solidarnie z Matką, dostaje ślinotoku. 

Ale zanim rybę podam, przemierzę kilometry, aby w gąszczu tych dostępnych wybrać te najlepsze i oczywiście w rozsądnych cenach. Przy rybach często sprawdza się zasada, że wysoka cena, to lepsza jakość. Ale uwierzcie, to wyjątek. Wysoka cena większości produktów najczęściej nie ma nic wspólnego z jakością. Ot, w tym wypadku taki wyjątek potwierdzający regułę. Ale i tak należy zachować czujność i czytać etykiety. A oto kilka podpowiedzi, w 100% sprawdzonych w terenie. Da się w sklepie kupić dobrą rybę i nie tracić majątku (promocje!!!).  A jeść ryby warto. No bo kwasy OMEGA-3, witaminy A i E. Generalnie ryby są o wiele zdrowsze od mięsa. I tu STOP – nie wszystkie ryby są zdrowe. Niektóre nawet bardziej szkodzą. 

Oto wcale nie krótki „przewodnik po rybach”.

W każdym super, hiper, mega markecie znajdziecie PANGĘ. I to ważne – kupujecie ją na własną odpowiedzialność. Krótko mówiąc to twór rybo podobny. Wygląda jak ryba, smakuje jak ryba, ale nie ma żadnych właściwości odżywczych, które ryba mieć powinna. Nawet gdyby Pangi rozdawali za darmo, do ust nie wezmę. Dlaczego? No to krótka historia Pangi: pochodzi z Mekongu, to najdłuższa rzeka na Półwyspie Indochińskim. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że rzeka ta, to bardziej ścieki i nazywanie ją rzeką jest bardzo na wyrost. No dobrze, ale nawet nie to jest najgorsze, że te Pangi pływają sobie w wielkim brudzie. Otóż, aby Pangi szybciej się rozmnażały (no bo to czysty zysk przecież), wstrzykuje się samicom zastrzyki hormonalne. No i idźmy dalej, gdyż każdy na takiej pandze chce zarobić. Taki zastrzyk importowany jest z Chin i zawiera…Wait for it…

hormon pobierany z moczu kobiet w zaawansowanej ciąży. Ja wiem, ja wiem, brzmi jak spiskowa teoria dziejów. No więc wierzy w to, kto chce. Je Pangę ten o stalowych nerwach. Ale idźmy dalej. Pangi są rybami hodowlanymi (te, które trafiają do sprzedaży i tym samym na nasze stoły) i żyją tak naprawdę w basenach. I albo baseny są za małe, albo pang jest za dużo, wszak pływać w takim ścisku jaki tam panuje, one nie mogą. Dodatkowo, dla szczęśliwości (hodowców, rzecz jasna), dostają same pyszności – taką mączkę rybną, ekstrakty soi i manioku i czystą chemię (polifosforany i niefosforowe dodatki typu MTR-79). No i podsumujmy. Panga to żadne źródło Omega-3. Filet z pangi to jedynie białko, sól i woda, no i chemia, dużo chemii. To ja wolę sobie ugotować jajko na miękko: mam i białko i wodę i sól, a wychodzi taniej.

TILAPIA

Dla mnie to drugie świństwo po Pandze. Nazwa brzmi równie egzotycznie, bo to może być ryba i z Brazylii i Jaoponii, a może z Izraela (oczywiście chińska również). Jednak mało istotne skąd Tilapia pochodzi, bo problem z nią jest taki, że kombinację samą w sobie ma kiepską. Zawiera taką kombinację kwasów omega-6 i omega-3, która jest groźna w przypadku chorób serca, stawów, astmy i alergii. Kłamać nie będę. Gdy mało o rybach wiedziałam, to i Pangę i Tilapię spróbowałam i plusem tej drugiej jest tylko to, że jest smaczniejsza od Pangi. Poza tym więcej plusów nie ma. U nas skreślona z listy „must have some fish”.

RYBA MAŚLANA

Może zauważyliście, że w sklepach nad zamrażarką, w której leżą sobie filety ryby maślanej, wisi ostrzegawczy napis, że ryba ta nie jest wskazana dla dzieci, osób starszych i kobiet w ciąży. Nie wiem za bardzo, gdzie tu logika, bo skoro nie jest wskazana dla jakiejś grupy ludzi, to nie jest wskazana dla nikogo. Bo niby jak? Ludzie między 18 a 70 rokiem życia, to supermeni ze strusimi żołądkami i mogą wpychać w siebie wszystko? Otóż woski, które są składnikiem oleju rybiego, w przypadku ryby maślanej są w 90% niestrawialne. I co z tego, że ryba jest bogata w witaminy A, E i D, skoro po zjedzeniu takiej rybki istnieje duże prawdopodobieństwo, że wylądujesz w toalecie z mega biegunką. Drastycznie napiszę – witaminki do ścieków pójdą, a ty zostaniesz z rewolucją żołądkową. No i może jakaś wysypka ci się jeszcze trafi. Ludzki organizm po prostu kwasu oleinowego zawartego w rybie maślanej nie trawi.

Podobnie sprawa się ma z OKONIEM NILOWYM. Niby witaminy ma, białko ma, ale kwasu Omega-3 to już tyci, tyci. Ale taki okoń ma czegoś dużo – kwasu palmitynowego, który wpływa na zwiększenie złego cholesterolu.

No to jakie ryby jeść? Bo niby te hodowlane też są nie za bardzo. Niby te wprost wyłowione z naszego pięknego, polskiego morza są całkiem OK. Są zdrowe, ale nie najzdrowsze. Wszak nasz piękny Bałtyk rtęci ma w sobie sporo. Oczywiście, idealnie jest kupować ryby w małych gospodarstwach, które mają własne, nieprzepełnione stawy i wiadomo, że karmią paszą prawdziwą, a nie modyfikowaną w laboratoriach. Ale błagam, dla większości to mało realne. Wybierajmy więc zawsze mniejsze zło – najlepiej aby ryby, którymi się zajadamy łowione były w Atlantyku.

Kupmy ŁOSOSIAJasne, ten żyjący dziko, ma więcej kwasów omega-3, niż ten hodowlany, ale żeby takiego dostać i nie stracić majątku, trzeba naprawdę się naszukać. A taki łosoś pochodzący z Atlantyku jest o wiele mniej zanieczyszczony rtęcią. Ale jest też mały haczyk: na półkach znajdziecie rybę zwaną ŁOSOSIEM MORSKIM. Nie dajcie się zmylić, to NIE TEN łosoś pospolity z rodziny łososiowatych, a nasz CZARNIAK i należy do rodziny dorszy i nie, nie jest to ryba zła, ale zawiera mniej kwasów Omega-3. Więc jeśli oba łososie są w podobnej cenie, zawsze lepiej wybrać ŁOSOSIA SZLACHETNEGO/POSPOLITEGO/EUROPEJSKIEGO. Jedzmy ŚLEDZIE. Ale zdrowsze są nie te pochodzące z Bałtyku (śledzie magazynują bardzo dużo rtęci), a te Atlantyckie. MAKRELA zawiera selen, dzięki czemu zmniejsza ryzyko zatrucia rtęcią. I tradycyjnie lepsze są te z Północnego Atlantyku. Ciągle niedoceniane są SARDYNKI, idealne źródło wapnia. Tanie i dostępne zawsze i wszędzie. Nie ukrywam, że przy tych puszkowych, wręcz należy wczytać się w skład, bo zdarzają się niespodzianki, ale naprawdę da się kupić idealne sardynki w puszcze. PSTRĄG TĘCZOWY ma naprawdę smaczne, chude i dobre mięso i zawiera najwięcej spośród ryb słodkowodnych kwasów omega – 3

DORSZ to ryba smaczna, chuda, ale ma sporo kwasów Omega-3. Równie istotne jest skąd pochodzi taki dorsza. Ten pacyficzny, ma więcej kwasów omega, niż ten atlantycki.

Do mojej listy ryb jadalnych (z uwzględnieniem, że jednak nie za często) dołączy HALIBUT. Dlaczego on, chociaż rtęci może zawierać sporo? Ano dlatego, że wielu ludzi nie wie, że popularniejszy od niego TUŃCZYK (szczególnie czerwony) ma o wiele więcej metali ciężkich i dioksyn. Tak, tak ten tuńczyk w puszcze wcale taki rewelacyjnie zdrowy nie jest, niestety.

Możecie pomyśleć, że morał z tego taki, że nie ma ryb absolutnie zdrowych i tych naj, naj. Może i racja. Ale można wybrać te ryby, które oprócz walorów smakowych, dostarczą do naszego organizmu trochę witamin i kwasów Omega-3. Starajcie się nie kupować ryb produkowanych w Chinach. Naprawdę w tym przypadku producenci chińscy idą na ilość nie jakość. I wątpliwe jest, aby te ryby miały jakiekolwiek pożądane wartości odżywcze. Kupując ryby CZYTAJCIE ETYKIETY. Jest napisane, skąd ryba pochodzi i czy jest rybą hodowlaną, czy łowioną. Kupując na stoisku ryby świeże, każdy pracownik takiego stoiska, powinien również dysponować takimi informacjami. Macie prawo o to zapytać, a pracownik nawet jeśli nie wie, ma obowiązek to sprawdzić, co naprawdę trudne nie jest i nie wymaga wystosowania specjalnego pisma do kierownika, czy telefonu do dystrybutora.

Ania